piątek, 13 kwietnia 2018

Zanim zaczęłam swoje podniebne podróże, uparcie twierdziłam, że loty powinny być zakazane bo są niebezpieczne i każdy z samolotów prędzej czy później musi się rozbić. Wiem. Bzdura. Ludzie oszczędzają nie tylko na czasie, ale także na pieniądzach, które musieliby wydać, by przeprawić się 2363555 kilometrów w jakieś miejsce. Nie mówiąc o innych kontynentach, do których musieliby chyba się teleportować...

Z czasem latanie stało się dla mnie całkiem w porządku. Przyszło to nie z mojej woli, ale nie mogłam odmówić agencjom, które gdzieś mnie wysyłały. Zaczęłam się przekonywać, do tego, że coraz więcej osób lata z małymi dziećmi, niektórzy są nawet częściej "w niebie" niż na ziemi. I żyją. Przyjęłam to na klatę, i nawet przez pewien czas byłam zachwycona. Patrzyłam na stewardessy z podziwem, nie wspominając o tym, że wyobrażałam sobie pilota jako takiego rodem z filmu, który jest przystojny i ma takie strasznie fajne wdzianko. W mojej głowie gdzieś była jednak myśl "czy oni też się boją?". Może i brzmi to śmiesznie, ale w czasie pierwszego lotu dosłownie tak to wyglądało. Teraz po prostu się na to godzę, choć gdzieś tam w środku MAM STRESA. Pomimo tego, że uwielbiam, kiedy samolot się podnosi, a ja widzę wszystko to o czym tylko marzyłam będąc jeszcze dzieckiem. To takie dwie natury, które należy akceptować. Jest jednak rzecz, która wydaje się mi niemalże gorsza od katastrofy lotniczej (ostatecznie w niej tylko spadasz, później już nic nie czujesz :D).

Wszyscy zawsze mówią o żuciu gumy, ssaniu magicznych pastylek, które rzekomo mają pomóc nam z ciśnieniem, kiedy samolot startuje. Jestem jednym z tych pechowców, którym nie pomaga nic. Ale zawsze było to w miarę znośne. Niekiedy moi sąsiedzi, są tak zabawni i towarzyscy, że od pierwszych chwil z nimi zapominam, że za moment nie będę już na ziemi nawet jedną nogą. Pamiętam jeden z lotów do Włoch. Włosi zdecydowanie przeważali na pokładzie. Do tej pory mam przed oczami starszego Sergio z lewej, i uśmiechniętego Carmine z mojej prawej. Usłyszeli moje "O BOŻE", kiedy samolot startował, i od tego momentu, zaczęła się nasza znajomość. Cóż. Trochę później, już bez moich nowych włoskich znajomych, znalazłam się ponownie na pokładzie. Siedziałam od okna, obok mnie wszyscy spali, było jakoś zimno i nudno, a jakieś nadpobudliwe dziecko z tyłu kopało mnie w plecy. Mieliśmy trochę turbulencji, do tego od początku lotu pobolewało w prawym uchu. Najpierw stosowałam jakieś dziwne praktyki, dmuchałam powietrze z zatkanym nosem, a później wyjadłam wszystkie landrynki skupiając się na tym, by od razu ich nie pogryźć.  Wierciłam się z niecierpliwością. Było coraz gorzej, a do tego czułam, że głosy stewardess dobiegają do mnie jakoś słabiej niż wcześniej. Zaczęłam wierzyć w najczarniejsze scenariusze. Kiedy mój przyjaciel odbierał mnie z lotniska, stwierdził, że na pewno postawiłam na nogi cały personel. Mało brakowało. Ale wierzcie, że to nie było przyjemne. Ludzie często mówią, że „zatyka” im uszy, ale nie słyszałam, by ktoś z nich miał jakiś większy dyskomfort. Stewardessy mają w zanadrzu krople, które łagodzą ból. Podzielę się z Wami kilkoma wskazówkami, które rzekomo mają ratować od tego nietajnego uczucia :

-oprócz landrynek żuć gumę – u mnie nie działa, sprawdzone
-schować głowę między kolanami – nic mi na ten temat nie wiadomo
-zatkanie nosa i wydmuchiwanie przez uszy  – innym podobno pomaga – ten sposób zdradził mi mój kolega, który jest pilotem
-zatyczki do uszu, które przydadzą się także kiedy sąsiad chrapie
-ziewanie i przełykanie (nadmierne) śliny przed samym lotem – nigdy o tym nie myślałam, muszę wypróbować
-rozmasowywanie małżowiny usznej

Mam nadzieję, że ten temat dotyka nie tylko mnie. Nie zawsze tak się dzieje (na szczęście) ale jednocześnie staje się to powodem, przez który nie śpię już kilka dni przed lotem. Taki oto panikarz ze mnie. A jak Wy reagujecie? Na luzie, czy macie jakieś stresy? Dajcie znak!


piątek, 2 marca 2018



Szczerze mówiąc od jakiegoś czasu ciągle w jakiś przypadkowy sposób miałam do czynienia z hiszpańskim. Nie chodzi mi tutaj o słuchanie muzyki czy oglądanie filmów, ale ot tak, w dniu codziennym. Ciągle w moje ręce wpadały hiszpańskie produkty (nie tylko alkohole), wyświetlały mi się vlogi o podróżach do Hiszpanii, a nawet hiszpańska instrukcja obsługi… Stwierdziłam, że jak większość rzeczy w moim życiu to nie może być przypadek, i biorę się do nauki!

Mam wielu międzynarodowych przyjaciół, ale żadne z nich nie jest hiszpańskiego pochodzenia. Okej, prócz jednego włoskiego kolegi, który twierdzi, że jest Hiszpanem, PO WUJKU, ale to chyba się nie liczy. Bardzo rzadko natykałam się na Hiszpanów z krwi i kości. Pamiętam tylko jeden raz, kiedy to mój chłopak poznał mnie ze swoim dobrym kolegą z Barcelony. Nie wiem czy się polubiliśmy, ale to było zdecydowanie za krótkie spotkanie, by stwierdzić, że chcę się uczyć hiszpańskiego. Rozmawialiśmy po angielsku, w końcu przechodząc na włoski. Ot, tyle hiszpańskiego od niego usłyszałam. Nawet jeśli na siebie wpadaliśmy, ograniczaliśmy się do zwykłe ciao, come va?! 

Postanowiłam, że skoro mam być samoukiem w tej materii, to trzeba zacząć od dobrego źródła i przede wszystkim podstaw. Patrzę na wszystkie tabelki, na słownictwo i widzę jakieś tam podobieństwo do włoskiego. Może nie będzie tak źle, to lecimy.


Kiedyś, a propo włoskiego wspominałam Wam o Duolingo – tym razem również go używam, a przynajmniej staram się. Wybrałam sobie poziom, w którym rzekomo zna się trochę hiszpański, nie lubię zaczynać zwykle od takich podstawowych podstaw jak numery, czy alfabet. (Edit. Ostatecznie wróciłam do podstaw, bo kazali mi pisać coś o mleku :D)







Na drugi ogień idzie oczywiście mój ukochany lyricstraining.com, gdzie wybieram sobie swoje ulubione piosenki w hiszpańskim, począwszy od Malumy, CNCO, czy kończąc na… Despacito! :D To Wam na pewno się spodoba.





Siostra wyposażyła mnie w słownik języka hiszpańskiego, ale to nie taki zwykły przeciętniaczek. Jest w nim mnóstwo rozmówek, słownictwa tematycznie ułożonego i oczywiście gramatyki. Z którą tak bardzo się uwielbiamy… :D pokażę Wam jego jakąś grafikę z Google, możecie sami sobie taki sprawić.



Tym razem chyba najbardziej przypadają mi do gustu posty z Pinteresta. Znalazłam tam mnóstwo tabel, diagramów, komiksów związanych z nauką języka hiszpańskiego. Jest tam mnóstwo linków, które odsyłają do fajnych artykułów czy blogów z hiszpańskim (i nie tylko).  Zdecydowanie szybciej uczę się przez znajdowanie cytatów w danym języku, tekstów piosenek czy po prostu komiksów. Zerknijcie sami.





Mnie się podoba, a Wy co sądzicie? Uciekam teraz na dobrą kawę, trzymajcie się cieeeepło, ciepło! <3 

środa, 3 stycznia 2018

Hejka w Nowym Roku!

Jak tam wasze noworoczne postanowienia? Jeszcze podtrzymujecie? :D
Stwierdziłam dziś, że czas na jakiś świeży post. Dodatkowo pomyślałam, że dawno nie poruszałam żadnych tematów na żywo z Grecji. Myślę, że dziś się do niej przeniesiemy! Ale nie sami, będą nam towarzyszyć Grecy.  Żartuję, nadal będziecie przed monitorami, ale z moim spojrzeniem na grecką mentalność… Która jest naprawdę warta uwagi! :) Gotowi?

Do Grecji wyjechałam zupełnie przypadkowo. Nigdy nie planowałam odwiedzić Krety, Rodos, czy tym bardziej Peloponezu (który jak się okazało zawojował moje serce). Może dlatego, że zawsze gdzieś tam w świecie spotykałam się z opinią, że Grecy to lenie i generalnie są gburami, zadzierają nosa i bez sensu tam jechać… Cóż. Nie wiem z czego to ktoś wywnioskował. Może i nie są pracownikami roku, ale są PRZE-towarzyscy. Uwierzcie mi na słowo, albo sami się o tym przekonajcie!

Grecy…. nie są rasistami! Spotkałam ludzi (turystów, współpracowników, ludzi w życiu codziennym, w kiosku, w barze, przyjaciół etc.), którzy absolutnie nie byli tak tolerancyjni jak Grecy. Do Grecji przyjeżdżają miliony cudzoziemców, nie tylko turyści, również ci, którzy osiedlają się tam na stałe. Władze otaczają ich taką samą opieką jak Greków. Wiadomo, miliony euro to nie są, ale pomagają.

Grecy… są ekstremalnie rozgadani i gestykulują! A to znaczy, że są szczerzy, i nie potrafią ukrywać swoich emocji. Uważam, że to całkiem w porządku maniera. Nie mówią cicho, słychać ich z daleka, chociażby rozmawiali o niczym specjalnym. Niektórych może to irytować. Ja to uwielbiam, sama jestem tą, która nadużywa gestów i mówi raczej podniesionym głosem. Grecy kochają dyskutować, przyglądać się poszczególnym poglądom z każdej strony – nawet jeśli temat był banalny… Dodatkiem do żywej dyskusji są gesty, na które czasami warto uważać. Nie machajcie do nich otwartą dłonią, bo ten gest traktują na zasadzie naszego środkowego palca. Jest to dla nich swego rodzaju zniewaga.

Grecy… mają ogromne poczucie humoru. Niektórzy z nich są niezłymi komikami. Pamiętam swojego kolegę Lamprosa, który potrafił rozśmieszyć mnie na każdym kroku. W polskich kawałach jest Jaś, u nich – Bobos, który jest naprawde niezłym gagatkiem. Idźcie kiedyś do Greckiej tawerny i zwróćcie uwagę jak często na minutę śmieją się Grecy!

Grecy… są mega gościnni! Mogą znać się kilka dni, kilka godzin, mogą widzieć Cię pierwszy raz, a i tak będziesz obiektem ich życzliwości i nawet jeśli niezbyt bogatej, szczerej gościnności. Przyjaciółka zaprosiła mnie kiedyś do domu, tak przypadkiem, bo chciała zmienić buty przed imprezą. Nie mogłam wyrwać się z rąk jej rodziców, którzy niemal siłą chcieli uraczyć mnie greckimi słodyczami i już zdążyli zaprosić na obiad następnego dnia. To trochę tak jakby w Greków wcieliły się nasze babcie… :)

Grecy…. są rozrywkowi. Nigdy nie będziecie się z nimi nudzić, zaufajcie mi. Czasami mają tak bardzo spontaniczne pomysły, że nikt nie wymyśliłby tego lepiej od nich. Zawsze mają Was gdzie zaprosić, co pokazać i gdzie wypić szklaneczkę dobrego tsipouro. Nie mówiąc o Grekach, który starają się o względy dziewczyny. Takich pięknych miejsc, które Wam pokażą – nie ma czasami nawet w filmach. Warto mieć przyjaciół Greków. Żaden piątkowy wieczór nie będzie nudny, sobotni również, nawet jeśli będziecie zmęczeni. Zawsze pytałam moją przyjaciółkę „Ellie, Ty naprawdę nie musisz odpocząć?” Odpowiadała, że odpocznie kiedyś tam, może na starość, bo kiedy żyć jak nie teraz? Lubię to ich podejście.

Grecy… nigdzie się nie spieszą. Dokładnie. Siga, siga – powoli, powoli. Wszystkie greckie granice czasowe nieco się rozciągają. Wiecie co? Zaobserwowałam, że to dzięki temu są bardziej weseli, radośni. Nie gonią, nie stresują się, że nie zdążą. ZDĄŻĄ, najwyżej ktoś poczeka. Autobus i tak zawsze jest spóźniony. Po co się spieszyć? To i tak do niczego dobrego nie prowadzi. Swego czasu stosowałam tę zasadę… I czułam się naprawdę super! Pomimo tego, że nie jestem leniem. No dobra, może czasami!

Całe sześć greckich cech, które być może zachęcą Was do ich mentalności. Poza tym jak zwykle polecam Wam „Przewodnik Ksenofoba” dotyczący Greków. Tam przyjrzycie się im nieco bliżej. A teraz najzwyczajniej w świecie spadam, bo jestem dziś nieźle wywalona z butów… Cały dzień się spieszyłam, niepotrzebnie! :)





niedziela, 17 grudnia 2017

Dobry wieczór, Kochani!

Czy Wy odliczacie już dni do świąt? Bo ja nie... Pogubiłam się ostatnio w tym christmasowym szale! Praca, wyjazdy, i tak dalej, i tak dalej. Jednak nie martwcie się, mam dla Was trochę czasu.

Ciężko było mi dzisiaj przyjść z nowym tematem. Moja wena zdaje się zaczęła mnie chwilowo opuszczać... Ale jednak, wpadłam na pewien pomysł. Wiem, że wiele kobiet często się nad tym zastanawia, a więc - związek z cudzoziemcem! Jak to ugryźć, i jakie są tego plusy? A może minusy? Tak sobie wymyśliłam, więc lecimy. 


PLUS : Język 

Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że to fajnie mieć chłopaka cudzoziemca... Bo dziecko będzie ładne, bo włosy będzie miało inne, bo będzie mówiło w kilku językach... Cóż. Jeśli chodzi o dzieci - to jeśli kiedyś faktycznie się pojawią - fajnie, że będą miały styczność z innym językiem, ale przecież to też kwestia tego jak się na to zapatrujemy, w zależności jaka jest okoliczność - jak mówi mama, jak mówi tata, czy może któreś już nauczyło się tego innego języka i nie będzie potrzeby, by dziecko uczyło się dwóch języków. Ale nie mieszając do tego dzieci, ich wyglądu i całej tej wyimaginowanej otoczki, którą usłyszałam - język na pewno jest atutem takiego związku. Poznajemy znajomych swojego partnera, którzy np. często nie mówią w języku angielskim, a może nawet w ogóle go nie znają. No i co, wtedy trzeba podjąć decyzję... Uczę się, próbuję czy może ich olewam? Olać nie wypada, no to uczę się, a przynajmniej próbuję. I nie, to nie jest zasada decydująca o związku, po prostu taki dodatkowy plus. :)



MINUS : Odległości

Mam wrażenie, że wiele z kobiet, które póki co są z kimś bez wspólnego zamieszkania - traktuje to jako wielką czarną chmurę wiszącą nad jej związkiem. Wiem, że zaufanie zaufaniem, ale to na pewno przeszkadza. Smartfona przecież nie przytulisz, nie powiesz mu przed zaśnięciem, jak bardzo dziś jesteś zła, bo szef Cię wkurzył. Owszem, powiesz, gdzieś pomiędzy wierszami na Skypie. Ale, a to sąsiadka zadzwoni do drzwi, a to pies chce na dwór. O, i tak to jest. Pomimo tego, że czasami naprawdę bywam aspołeczna - brakuje mi tego bardzo! 


PLUS : Poznawanie nowych kultur

O każdą kulturę mi chodzi. Jeśli ktoś się tym naprawdę fascynuje, będzie w stanie wyłapywać nowe konteksty jak małe dziecko pierwsze literki. Uważam, że jest to strasznie fajne, że ktoś kto jest z Tobą, wnosi tyle nowości do twojego nudnego życia (oprócz tego, że w ogóle jest i że jest kochany). 
Nawet jeśli się rozstaniecie - będziecie bogatsze w doświadczenia, nie tylko ze związkiem związane!


MINUS : Święta

No właśnie, u mnie czy u Ciebie? Odwieczny problem podejrzewam niejednego takiego związku. W zależności oczywiście od zaistniałej sytuacji, czy chcesz być w tym domu na święta czy nie. Różnie bywa. Kiedyś ktoś opowiadał mi, że mają przeplatankę - rok tu, rok tam. Faktycznie, można! Dajcie znak na dole, jak Wy robicie. :) 


PLUS : Nauczysz się cierpliwości, do siebie i do niego.

Myślę, że tak jest. Bynajmniej dla mnie. Czasami naprawdę trzeba nauczyć się akceptować taki związek. Różne narody - różne mentalności. Dla nas coś jest białe, dla innych czarne. Nie lada wyczyn to przeskoczyć. Później jest już tylko łatwiej, dzięki temu stajemy się bardziej cierpliwe, albo w ogóle pewne rzeczy zaczynamy rozumieć zupełnie inaczej. Mam nadzieję, że ktoś wie o czym mowa... :) 


To chyba na tyle, moi drodzy! Czas spać, nie lubię w takie zimowe noce kłaść się bardzo późno... Tak, to coś na miarę lenistwa. Jeśli by już mnie tutaj nie było - Wesołych Świąt każdemu z osobna! Trzymajcie się, buziaki!


sobota, 11 listopada 2017

Kuku!

Na szybko, bo czas mnie goni dziś przeokrutnie, przychodzę znów do Was z wpisem na temat włoskiego. Pomyślałam, że niektórzy zachodzą w głowę jak by tutaj w miarę szybko nauczyć się języka? Przekopujecie YouTuba w poszukiwaniu najlepszych nauczycieli, albo wypożyczacie totalnie nieprzydatne książki z biblioteki. Przedstawiam kilka niezawodnych pomysłów i tytułów książek, dzięki którym już niebawem zobaczycie pierwsze efekty! 

1. Miejmy z głowy już te książki.  Może papierowe podręczniki czy słowniki odchodzą już do lamusa, ale i tak niektóre z nich są zdecydowanie lepsze od internetowych audiobooków. Oto wasze must have : 
  • "Włoski aktywnie!" Trening na 200 sposobów - ćwiczenia, łamigłówki, krzyżówki - mega fajny podręcznik, wszystko jest wytłumaczone tak by zrozumiał każdy, niezależnie na jakim poziomie nauki obecnie jest. Do tego warto dokupić sobie dodatek na płytce CD, na którym są podstawowe dialogi i słówka. A dla bardziej kreatywnych rebusy. 
                                                                                               
        

  • Ilustrowany słownik Włosko-Polski - 6000 niezbędnych włoskich słów (naprawdę!) - mój zdecydowany number one. Ilustracje pomagają zapamiętać słówka, chociaż trzeba przyznać, że jest on mega, mega szczegółowy. Nie spodziewałam się, że znajdę tam nawet odmiany ryb czy kwiatów! Też polecam. 
  
 

  • Na pewno każdy z Was co jakiś czas ogląda jakichś youtuberów, przy porannej kawie słucha o podróżach, czy o nowych kosmetykach. A ja za to włączam sobie Manu, czyli Italian Made Easy. Jest nieziemski, jak dla mnie. Trochę z humorem, trochę z dnia codziennego. W którymś z odcinków zdradza przepis na przygotowanie włoskiego espresso z kafetiery. Tłumaczy w języku angielskim - to też plus. 
          https://www.youtube.com/watch?v=zG-6pA3-gHk --> Manu 

          Oczywiście nie mogłabym zapomnieć o Lucrezi Oddone, która jest strasznie sympatyczną                  osobą, i nie da się ukryć, że też całkiem fajnie wszystko tłumaczy. Poza tym jest też normalną              vlogerką, możecie zobaczyć jak wygląda jej włoskie życie w Rzymie! 
  
           https://www.youtube.com/watch?v=s-P--HQzN1w --> Lucrezia 

          Luknijcie, koniecznie! Pewnie niejedno z Was zostanie stałym obserwatorem któregoś z nich. 
  • Słuchanie włoskich piosenek i oglądanie uważnie teledysków! No dobra, może przesadzam z tą uwagą... Ale słuchać nie zaszkodzi. A zwłaszcza, że Italia ma się naprawdę czym pochwalić. Jeśli chcecie coś zbliżonego do naszego polskiego POP-u, polecam wam : Alessandra Amoroso, Tiziano Ferro, Nek - moja miłość, Benji & Fede, czy Vasco Rossi, a jeśli chcecie rap to Fedez (niestety zajęty) i J-Ax. 



Moim ulubionym programem, czy w sumie stroną, na której możecie słuchać piosenek i od razu wpisywać tekst jest : https://lyricstraining.com/it/ . Możecie za darmo założyć konto, i chwilę po stajecie się już mistrzami TAK TO LECIAŁO! Spróbujcie, ale ostrzegam bo wciąga. 

  • Programy, apki i inne. Wiem, że wielu z Was na pewno lubi co rusz korzystać ze smartfona, przeglądać insta, fejsa, może jeszcze snapa. Ale w tym czasie, kiedy pobierają się aktualizacje możecie przejść jeden etap gry np. na DuoLingo! Dużo osób poleca, choć na przykład mój chłopak zawsze stwierdzał, że przerasta go codzienne zapominanie o tej zielonej sówce. Ja tam uważam, że to fajne. W pewien sposób uczy nas to systematyczności i z czasem będzie to po prostu nasz zwykły rytuał, by przed snem przejść jeszcze kilka poziomów nauki. Aplikacja jest darmowa. 
                                    
  • Przeglądając Sklep Google Play będziecie natykać się na mnóstwo podobnych aplikacji, ale podejrzewam, że niepewność wielu z Was będzie tak silna, że w końcu skończy się na nim. Wiem to sama po sobie, kiedy nie chciałam korzystać z nieprzetestowanych programów bo nie wiedziałam, warto pobierać, czy nie warto? Oprócz duolingo, następną moją ulubioną apką jest Fun Easy Learn - 6000 zwrotów. Macie tam obrazki, wymowę, wszystkie potrzebne zwroty - serio Wam polecam.  

                                           


Słuchajcie, nie będę już Wam truć, tyle na razie mam nadzieję wystarczy. Niebawem wracam może np. z filmami, które warto obejrzeć w wersji włoskiej? Albo serialami? Już od Was zależy! Tymczasem spadam, weekend czas start! Trzymajcie się :*  Ciao! 


























poniedziałek, 30 października 2017

Dzień dobereeeeeeeeek,

Znów na trochę zniknęłam… Ale już jestem! I przychodzę do Was w sam raz na jesienną, popołudniową nudę. Jest wśród Was ktoś, kto chciałby zacząć, lub może już zaczął, naukę języka włoskiego? Jeśli tak, to świetnie. Na początek mam dla Was trochę podstawowych zwrotów i słownictwa. Jesteście gotowi, siete pronti?!


Zacznijmy od początku, czyli jak poprawnie się przywitać. Wiadomo, że do przyjaciół, znajomych nie rzucimy nic oficjalnego (bo po co), więc użyjemy raczej <ciao> , aniżeli <salve> – które jest bardziej formalne. Zazwyczaj po takim przywitaniu, chcemy dowiedzieć się co u naszych znajomych, więc powiemy <come va?> – co słychać? Albo – <come stai? Tutto bene?> – jak się masz? Wszystko w porządku/Wszystko dobrze? Ja używam też <tutto a posto?> -  jako bardzo nieoficjalny zwrot do moich przyjaciół.  Ale już do szefa, czy przyszłej teściowej, nie powiemy – ciao Bella, come stai? Powiemy raczej <come stA?> – z uwzględnieniem trzeciej osoby l.poj, jako oddanie szacunku. Jeśli któryś z Włochów (co może wydarzyć się bardzo szybko) zaproponuje Wam od razu przejście na Ty, czyli <dare del tu>, znaczy, że jesteście zaakceptowani w ich środowisku. A to nie zawsze jest łatwe.
Co do oficjalnych, to na pewno znacie już :
-Buongiorno – dzień dobry, używane do godziny 12, 13, później powiemy już raczej : Buona sera, a komuś będzie też bardzo miło jeśli użyjecie – Buon pomeriggio, co jest przywitaniem i znaczy również – miłego dnia, bo przecież wciąż nie jest na to za późno. Pamiętajcie, że np. wychodząc z windy, albo ze sklepu – możemy również użyć słów, którymi się przywitaliśmy. Wciąż mam w myślach jedną z sytuacji, kiedy jeden z turystów powiedział mi na odchodne – buona sera, a ja osłupiała, jeszcze wtedy tego nie wiedziałam.
-Buonanotte – dobranoc, ale niektórzy z moich znajomych posługują się też samym notte, co jest nieoficjalne

Jeśli żegnamy się z kimś z naszego grona, powiemy znów – ciao, oficjalnie będzie to już – arrivederci, czyli do widzenia. Nie przeginajcie ze słynnym – addio, bo to raczej nie sprzyja pożegnaniom, bardziej – rozstaniom… :D

Co do zwrotów grzecznościowych, nie są wcale takie trudne i bardzo łatwo je sobie przyswoić. A więc:
-Grazie – dziękuję – Grazie mille – dziękuję bardzo, albo grazie tante, tante grazie – dzięki bardzo, wielkie dzięki
-Prego – proszę (jako odpowiedź, jako wskazanie czegoś, jako pozwolenie)
-Per favore – proszę (jako prośba)
-Scusi/Mi scusi – Przepraszam/Proszę wybaczyć
-Permesso – mogę? Prośba o pozwolenie
-Si – Tak No – Nie
-Mi dispiace – Przykro mi/ Przepraszam
-Piacere – miło mi, przy poznaniu kogoś, oficjalnie – piacere di conoscerLa
-Buona giornata! – Miłego dnia

Nie bójcie się używać tych zwrotów, nawet jeśli boicie się mówić w tym języku, to już krok do przełamania bariery.

Łapcie jeszcze trochę zwrotów, które przydadzą Wam się w życiu codziennym, według mnie:
-Non capisco – nie rozumiem
-Quanto costa?  – ile to kosztuje?
-Dove e … ? – Gdzie jest….?
-Come ti senti? – Jak się czujesz?
-Non ti preoccupare – Nie martw się
-Che cosa e successo? – Co się stało?
-Sono… - jestem : stanca – zmęczona, arrabiata – zła, trista – smutna, felice – szczęśliwa
-Ho fame – jestem głodna / Ho sete – chce mi się pić / jestem spragniona
-Sorridi / Fai un bel sorriso – uśmiechnij się!

Dobra, to chyba na tyle – PÓKI CO. Jak będziecie chcieli więcej, zawsze możecie dać znak. W wolnym czasie wybiorę już coś bardziej zaawansowanego.  Może trochę pieszczotliwych zwrotów, albo wręcz odwrotnie? :D A może chcecie dowiedzieć się gdzie można w fajny sposób nauczyć się włoskiego? Decydujcie.


Zapomniałam Wam się pochwalić…. Już tak oficjalnie, zostałam Ciocią. Staś w końcu jest z nami! Niesamowite uczucie. Lecę świętować, DO MIŁEGO KOCHANI!






poniedziałek, 9 października 2017

Heeeejka,

Co tam dziś u Was słychać? No i ogólnie jak leci? Też mieliście weekend pracujący? Ja niedawno wróciłam od moich łobuziaków, i mam zamiar opowiedzieć Wam trochę o jednym z najpiękniejszych miejsc na południu Włoch. Co najśmieszniejsze, nagrałam wczoraj (a przynajmniej myślałam, że to zrobiłam) dla Was film, po czym okazało się, że mówiłam całe dwadzieścia minut do rozładowanego aparatu. Tak, tylko ja tak potrafię...

Wszyscy na pewno znacie, albo przynajmniej raz w życiu widzieliście jakieś zdjęcie (może gdzieś w filmie) Wybrzeża Amalfi. Jeśli nie, to nawet się nie przyznawajcie bo Amalfi jest uznane jako najpiękniejsze wybrzeże w całych Włoszech. Jak dla mnie jest to zdecydowana perła włoskiego południa, patrząc na fakt, że mieszkałam w okolicach Neapolu, który dla niektórych słynie jako niezbyt przyciągający. Ci, którzy byli, wiedzą o co chodzi na pewno!

Dziś poznacie najważniejsze miejscowości Półwyspu Sorrentyńskiego, które stanowią podstawę zwiedzania słonecznego południa. Wierzcie, że to aż grzech tego nie widzieć.

1. SORRENTO

Od zawsze marzyłam, żeby wybrać się do Sorrento, ojczyzny limoncello i miejsc, które widziałam w jednym z moim ulubionych filmów - Wesele w Sorrento. Polecam Wam, zwłaszcza w takie dni jesienne jak dziś. Jeśli ktoś nie zna, klika o tu -> KLIK . Słuchajcie, wybrałam się na jedną z naszych wycieczek fakultatywnych, która obejmowała właśnie te wszystkie najważniejsze miejsca. Tak ku przestrodze, nie wypuszczajcie się tam lepiej samochodem, zwłaszcza jeśli jesteście świeżakami w kierowaniu. Włosi jeżdżą tam w swoim własnym i naprawdę dość oryginalnym stylu.




Jadąc do Sorrento, udajcie się do wytwórni limoncello, w którym poznacie tajniki tego oto włoskiego alkoholu. Jeśli zaś chodzi o samo kupno, wstrzymajcie się i kupcie go gdzieś po zdecydowanie niższej cenie, w samym miasteczku.

    

 

Udajcie się na taras widokowy, a jeszcze najlepiej usiądźcie na nim, przy dobrym włoskim cappuccino i podziwiajcie krajobraz Zatoki Neapolitańskiej z Morzem Tyrreńskim. Relaxik gwarantowany. Ah, ale zapomniałam jeszcze o jednym. Nie wybierajcie się tam w środku sezonu! Never. Dostaniecie nerwobóli od szturchających i przepychających się turystów. Nie wspominając o korkach wśród NAPRAWDĘ wąskich uliczek... Wierzcie mi, że ludzie mieszkający w tamtych okolicach nie znają pojęcia chodników, bo ich nie mają. Prosto z klatki schodowej, wychodzą na ulicę... ;)



 


- spójrzcie, najlepsza i najelegantsza restauracja w Sorrento, 2w1 bo spełnia ona również role muzeum pamiątek po tenorze Enrico Caruso.

W centrum miasteczka znajduje się mały plac z pomnikiem poety - Piazza Tasso, z którego możecie udać się bezpośrednio na pamiątkowy shopping, albo prawdziwie włoski obiad. Nie zdziwcie się też, jeśli na każdym kroku będziecie mieli okazję spróbowania cytrynowych lodów, przy takiej ilości cytryn - jest to dość naturalne.

   
               


Lubię to miejsce bo ma w sobie coś nie tylko z tych wszystkich włoskich filmów, czy południowego klimatu. Jest też trochę mistyczne, a jako grekomaniaczka jest to dla mnie całkiem normalne. Sorrento, czyli nazwa miasteczka, pochodzi od mitycznych syren - "Surrentum". Kusiły one swoim śpiewem mężczyzn, którzy udawali się w morskie wyprawy, zwiastując niekoniecznie szczęśliwe zakończenie...


pinterest.com

2. POSITANO

Drugim w kolejności, zaraz po Sorrento, moim ulubionym miejscem w regionie Kampania jest Positano! Należy już ono do prowincji Salerno. Malownicza miejcowość, która jest głównym portem wybrzeża Amalfi. Pastelowe kolory domów wznoszących się wysoko nad morzem, i klify z widokami rozciągającymi się hen, hen za lazurowe morze. Positano możecie zobaczyć na przykład w "Pod słońcem Toskanii", gdzie główna bohaterka odwiedza swojego włoskiego amanta.



Oprócz samego miasteczka, wszystkich tych uliczek, przy których możecie posmakować włoskiej pizzy, obładować się pamiątkami i miniaturami limoncello, warto zobaczyć - Grota dello Smeraldo, czyli Szmaragdową Grotę. Zjedziecie do niej windą, naprawdę, a następnie w towarzystwie przewodnika opłyniecie całe wnętrze groty. Robi furorę.



Znam osoby, które twierdzą, że dojazd do Positano jest dość męczący. Faktycznie, całe Wybrzeże posiada około 1200 zakrętów (nigdy nie zapomnę, kiedy przewodniczka powiedziała po włosku - 1200 curvów, co spowodowało poruszenie niesamowite turystów :D)
Positano jest dość drogim turystycznie miejscem, więc absolutnie normalna jest tak duża ilość Amerykanów, przybywających tam na wakacje. Jeśli wybieracie się na zwiedzanie Positano, znajdźcie raczej jakiś tańszy hotel w okolicy.


pinterest.com

Dla wszystkich romantyków - musicie zobaczyć Positano nocą!

3. Amalfi

No i jest! Kolejny diament naszej podróży. Diament można by nawet stwierdzić dosłownie, bo przez swoją kameralność jest ono "odczuwalne" w cenach apartamentów i pokojach hotelowych. ALE, I tak zobaczyć warto. Według National Geographic, Hermes po długich poszukiwaniach idealnego miejsca, pochował tam swoją ukochaną, nimfę o imieniu właśnie Amalfi!





 


Wjeżdżając do Amalfi, zrozumiecie znaczenie słowa - Dolce Vita. Przyjrzyjcie się mieszkańcom miasteczka i zwyczajom, które tam panują. Wcale nie jestem zdziwiona, w takim miejscu moje życie również zmieniłoby się w sielankę.

Najpiękniejszą i najważniejszą budowlą w Amalfi jest katedra św. Andrzeja, która naprawdę robi wrażenie. Wierzcie mi, że nie jestem fanką zwiedzania budowli sakralnych, ale tę po prostu trzeba zobaczyć. Z tej świątyni rozciąga się widok na całe Amalfi.




Pamiętajcie, że jeśli chcecie zjeść dobrze i tanio, musicie raczej wybrać włoską trattorię aniżeli jedną z centralnych restauracji. Natomiast grzechem jest nie spróbować tamtejszych owoców morza i wyrobów z cytryn! Cuda potrafią z nich wyprodukować. Ah, no i zapomniałabym o produkowanych słynnych makaronach - cannarocinita, cocce, gliatelli i na pewno wam znany - lasagne.



Jeśli chodzi o garść ciekawostek, oprócz tej hermesowskiej historii - to właśnie amalfitańscy żeglarze wynaleźli busolę! A kiedy porozmawiacie z którymś z mieszkańców Amalfi, dowiecie się, że podobno straszy tam duch królowej Neapolu - Joanny ( w samotnej wieży na skale za kościołem). Może ktoś z Was wybierze się tam, i da mi znak? :D

Miałam Wam opisać jeszcze Maiori, do którego też miałam okazję się udać, ale muszę powoli zabierać nogi za pas, i nie chcę też Wam marudzić, więc po prostu polecam obejrzeć --> MAIORI, a także : JAK WYGLĄDAJĄ "CURVY" NA AMALFI  - jeśli chcecie wiedzieć dlaczego nie polecam jechać swoim samochodem, i w sezonie (zwłaszcza) na Wybrzeże.

Wszystko w jednym, ENJOY moi drodzy, uciekam!

Do zobaczenia już niebawem!
BACI :*